Taki okropny absmak mam…
Link 11.11.2010 :: 23:32 Komentuj (5)
11 listopada: Święto Niepodległości, okazja by dać upust patriotycznym sentymentom, pomachać flagą, udać się pod pomnik Nieznanego Żołnierza. Oczywiście wolałabym, żeby te wszystkie czynności można było wykonać w blasku ciepłego (może czerwcowego?) słońca, ale skoro już naszą niepodległość tradycyjnie fetujemy w listopadzie, to trudno. W deszczu też można ojczyznę kochać i szanować. W to święto można bez żenady powiedzieć sobie, że jest się Polakiem, żyjącym w wolnej Polsce i nie czuć, że to brzmi jakoś pretensjonalnie.
Władze różnych miast, jak i inne organizacje stają na rzęsach by ze święta patetycznego i martyrologicznego zrobić dzień radosny, w których biało-czerwone flagi powiewają z lekkością, beztrosko symbolizując naszą suwerenność. Są koncerty, spotkania, gry terenowe, a górale w strojach ludowych maszerują przez wsie. W Poznaniu jedzą rogale marcińskie, a gdzieś jeszcze pałaszują gęsinę. I tylko w centrum Warszawy: kwas.
Kwas, bo dość pokaźna grupa ludzi rości sobie wszelkie prawa do symboliki narodowej, upierając się, że Święto Niepodległości należy tylko do nich i ich wąskiego spojrzenia na to, co to znaczy być Polakiem (małym, czy dużym). W tym wąskim spojrzeniu nie ma miejsca na inność, różnorodność, wielokulturowość, liczy się tylko mylnie, według mnie, rozumiane dobro Polski. I tak oto kilka tysięcy (?) członków ONRu i MW zaplanowało sobie, że przejdzie w Marszu Niepodległości Krakowskim Przedmieściem i Nowym Światem, aż na plac na Rozdrożu, by złożyć hołd ikonie ruchu prawicowego w Polsce, Romanowi Dmowskiemu.
Taka demonstracja musiała się oczywiście spotkać z jakimś sprzeciwem społecznym, wszak już w zeszłym roku pewne grupy oprotestowały marsz. W tym roku zrobił się z tego swoisty ruch społeczny, gdy zrzeszenie kilkudziesięciu organizacji pozarządowych skoordynowało działania, by w tym Marszu Nienawiści przeszkodzić. Muszę przyznać, że po raz pierwszy uczestniczyłam w proteście PRZECIW czemuś, bo jeśli już maszeruję to zazwyczaj ZA czymś: wolnością, tolerancją, prawem do decydowania o swoim ciele. Dlatego nie do końca potrafiłam się odnaleźć w sytuacji zabraniania komuś czegoś. Niemniej, postawy skrajnie prawicowe napawają mnie odrazą, więc się przemogłam (o dzielna ja).
Wielkie spotkanie odbyło się na pl. Zamkowym. Kontrmanifestanci w pewnym stopniu uniemożliwi przemarsz trasą wytyczoną przez prawicową demonstrację. Była to też okazja by każdy w środowisku warszawskich aktywistów odhaczył się na liście „Manifa, Marsz Równości, Faszyzm nie Przejdzie: Byłem/am”, ale to jest chyba sprawa dość powszechna. Podejrzewam, że w pewnych kręgach tak jak wypada bywać w galeriach, na premierach czy w klubach, wypada też bywać na demonstracjach. Ja też oczywiście wykręcałam szyję w poszukiwaniu znajomych, po to by zobaczyć kto przyszedł i po to, by pokazać, że i ja i moi rodzice przyszliśmy. Postaliśmy, poprotestowaliśmy, trasa przemarszu została zmieniona, a my z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku obywatelskiego (w końcu szerzenie treści faszystowskich jest niezgodne z polskim prawem) udaliśmy się na kawę. Tacy z nas kontrmanifestanci.
Takich jak my było bardzo dużo. Zwykłych ludzi, po prostu warszawiaków, którzy nie dają przyzwolenia na radykalnie prawicowe treści w przestrzeni publicznej. Zirytowało mnie zatem, że w publicznych wiadomościach konflikt między grupami został sprowadzony do opozycji lewacy vs. prawicowcy. Jedna i druga grupa przedstawiana jako banda radykałów. Ze mnie taki lewacki radykał, jaka baletnica. Moja matka reprezentuje poglądy polityczne zbliżone do XIX w. anarchistów, a mój ojciec jest zatwardziałym centrowcem (?!) i myślę, że określenie „lewak” uznałby za obrazę (kto za młodu nie był komunistą ten nie ma serca, kto na starość nadal nim jest, ten nie ma mózgu). W głębi ducha myślę, że wśród uczestników Marszu Niepodległości też były osoby, które żadną miarą nie wpisują się w mój stereotyp radykalnego prawicowca, ale nie dane mi się było o tym przekonać (pomimo szalenie zmanipulowanego materiału, który na ten temat pokazała Panorama).
Dlaczego w dyskursie publicznym manifestacja sprzeciwu wobec skrajnych środowisk musi od razu oznaczać przynależność do skrajnego środowiska au reburs?!
Jeśli chodzi zaś o radykalne postawy „mojego obozu” to chyba najmocniej zadziałała na mnie grupa ubranych w pasiaki młodych ludzi, którzy, jak później przeczytałam w gazecie, usiedli na jezdni by zatarasować przemarsz. Mam wątpliwości co do takiego użycia tej symboliki, trochę podobne do tych, jakie wzbudzają we mnie wierne inscenizacje wydarzeń Powstania Warszawskiego, etc. Inicjatywą, która zrobiła za to na mnie od początku do końca dobre wrażenie to alternatywny pokojowy marsz zorganizowany przez Międzypokoleniowe Porozumienie Antyfaszystowskie.
To mógłby być koniec tego wpisu, gdyby nie to, co stało się już po naszym powrocie do domu. Mieszkanie rodziców, jak się okazało, znalazło się na nowej trasie obranej przez Marsz Niepodległości. Gdy usłyszeliśmy hasła dobiegające z ulicy, wyszliśmy na balkon, by się przekonać, że oni jednak idą. I szli, w luźnym kordonie policyjnym. Strasznie nam się przykro zrobiło, że marsz jednak idzie, i że uczestników jest tak wielu. Razem z mamą zaczęłyśmy krzyczeć „Faszyzm nie przejdzie” (hasło, jak hasło, ale temu sprzeciwowi trzeba było dać wyraz). Jeszcze nie skończyłyśmy ostatniej sylaby, a w mojego tatę trafiły dwa kamienie. Poleciało kilka innych, ale nie trafiły. Zszokowani zamilkliśmy.
Tu trzeba uściślić, że żadne z nas chojraki, bo z trzeciego piętra wysokiej kamienicy, to każdy może pokrzyczeć. W każdym razie w wyniku tego „ataku” zamilkliśmy. Może kierowała nami obawa o okna (świeżo umyte), a może udało im się nas zastraszyć. Z całej, dużej kamienicy na balkon wyszliśmy chyba tylko my. Bardzo ciężko jest samemu krzyczeć i odpierać ataki (te werbalne i te mniej). Może dlatego stosunkowo łatwo było nas uciszyć. Zapewne, gdybym w podobnej sytuacji odosobnienia stała na chodniku, to nie zdecydowałabym się na werbalizację poglądów i tylko w osłupieniu przyglądałabym się tym ludziom, których tak zupełnie nie rozumiem.
Jak w Polsce mógł się wytworzyć tak silny ruch nacjonalistyczny (nie pytam o mechanizm, wiem, skąd to się bierze, pytam retorycznie)? Powstaje też pytanie, czy takie kontrmanifestacje mają sens? Bo czy radykalizacja postaw anty nie prowadzi do większej mobilizacji środowisk skrajnie prawicowych, które czują się (w ich mniemaniu pewnie niesłusznie) napiętnowane? Czy ten marsz PRZECIW miał sens? Według mnie, choć nie mówię tego z pełnym przekonaniem, miał. Bo jego celem nie jest oduczenie ludzi nacjonalizmu, na to jest miejsce gdzie indziej (w programach dedykowanych dla młodych ludzi, w pismach opiniotwórczych, etc). Celem marszu było pokazanie, że nie można w Polsce bezkarnie wykonać gestu „rzymskiego pozdrowienia” i tłumaczyć, że to ukłon w stronę starożytności. Czy to jest wmiatanie problemu pod dywan? Do pewnego stopnia tak. Ale może połączenie działań edukacyjnych i protestacyjnych coś w końcu zmieni (mówi skory do banałów niepoprawny optymista we mnie).
Ten ostatni akapit to chyba wynik mojego nie radzenia sobie z występami przeciw w obliczu tego, co przeciwników skrajnej prawicy może spotkać…
wypieki
Link 23.08.2010 :: 12:24 Komentuj (1)
Odkładacze - wypiekacze.
Od tygodnia nie napisałam ani słowa magisterki (a termin sesji poprawkowej zbliżył się nagle jednym, wielkim, złowieszczym krokiem), ale za to upiekłam mnóstwo.
Zaczęło się od ciasta czekoladowego z cukinią, później były bułki cynamonowe, muffinki z żurawiną, pizza, a wczoraj w desperacji wegańskie ciasteczka kakaowe (bo nie miałam jajka).
Chyba nie jest dobrze.
Yoni says...
Link 18.08.2010 :: 21:06 Komentuj (3)
Dawno nie było wpisu, a gościa na blogu jeszcze dawniej. Zatem dziś promocja i o Tel Avivie opowie jego znakomity mieszkaniec, bohater kilku wcześniejszych wpisów. Proszą państwa, przed państwem: Yoni:
So, what does being a Tel Avivian mean? Well, officially it will have to be living
in the city of Tel Aviv (in Hebrew 'Tel' is 'Mount' and 'Aviv' is 'Spring', so
essentially it means I live in a town that shares its name with dozens of
retirement homes all across the world). But the truth is, being a Tel Avivian
has little to do with where your house is. To be honest, I can probably really
think of one or two Tel Avivian friends of mine who actually grew up in Spring
Mount (I was born here but left at the tender age of two for greener, more
boring pastures, only to make my triumphant return about four years ago).
So, most Tel Avivians are actually immigrants.
Some came to the big city searching for work or went to Tel Aviv University, some
wanted to live in the most liberal city in Israel, and dare I say ? the Middle
East (though I've heard human rights r lovely this time of year in Riyadh), and
some, well ? who knows. Like many newcomers to cultural centers like New York, London, Paris or Warsaw
they've made a mess out of that definition of Tel Avivian. A wonderful mess.
Cause being a Tel Avivian is all about different ideas, ways of addressing
life, paths to finding true love (and false ones) and defining the vague notion
of what a true Tel Avivian really is. So, yeah ? this is all about my Tel
Avivian, and my Tel Avivian hates winters but loves the aroma of rain drops
hitting the trees in a lush boulevard on a late chilly afternoon, and detests
summers but adores the sea breeze caressing his (or her) hand, the same one
that holds the fruit shake on the way to the beach. My Tel Avivian keeps
mistaking bats for birds, and has heard all sorts of urban myths about the
weird fruity mess that falls from the trees and plates the sidewalks. You see,
my Tel Avivian thinks that all buildings are either Bauhaus or yucky, complains
about the hordes of French tourists hogging the beach front in August, and yet
somehow always hunts for tourist hubs. Wanna hear some more? Well, my Tel
Avivian took a university course trying to explain all the meteorological
reasons why despite what they say on the weather forecast, Tel Aviv is the
hottest place in Israel, and not in a good way. If that's not enough, my Tel
Avivian would go out to a club wearing source sandals and a torn IDF T-shirt
and would probably claim that everyone not wearing that is gay (and he's
probably right). And above all ? My Tel Avivian keeps on yapping about wanting
to get the hell out of Tel Aviv, but comes running back yelling that there's no
other city like it. Cause when it comes down to it ? despite it being loud,
noisy, dirty (thanks Lonely Planet!) and unbearably hot ? we just keep coming
back for more.
But you know what ? don't take my word for it! Come down here (preferably not
during July-August), grab yourself your own little Tel Avivian pet friend, and
let them explain to you what their real Tel Avivian looks like (if you say
"Marta sent me" you might even get a discount price on your new pet,
or at least a weird stare!). Good luck and Yalla Bye!
No, to już wszystko wiecie.
buzi
random trivia
Link 06.08.2010 :: 00:13 Komentuj (5)
kolejny dowód na to, że Polska jest dużo dalej w rozwoju cywilizacyjnym niż Izrael: w erzacu nie można dostać borówek amerykańskich.
buzi
usk
:)
Link 05.08.2010 :: 01:13 Komentuj (1)
pozdrawiam czytelników z ministerstwa spraw zagranicznych!